|
Relacja z wyjazdu do Nowej Zelandii. Polskie Owce na nowozelandzkiej ziemi.
środa, 30 grudnia 2009
witajcie poraz ostatni z nowej zelandii ;-) dzis o 1.10 lokalnego czasu wylatujemy do polski ;-) z miedzyladowaniem w singapurze (chcemy pojechac na wycieczke po miescie oferowana przez port lotniczy) i londynie. ostatnie trzy dni spedzilismy jak zwykle aktywnie - polwysep coromandel i bay of plenty. odwiedzilismy tez kiwifruit country - kolejny przyklad jak z niczego mozna zrobic atrakcje turystyczna, bo co to za przygoda przejechac sie pseudo pociagiem po polu z drzewkami kiwi ;-) a jednak taka przyjemnosci kosztuje 20$ a w sklepie z pamiatkami mozna kupic wino z kiwi, mydlo, dzem i bog jeszcze wie co ;-) wino i dzem mamy wiec poprobujemy na imprezie ;-) dlaczego u nas nie ma jablko-landu czy wisnio-landu (z wisni wino jest pewnie lepsze bo to z kiwi jest pierunsko slodkie ;-)) wczoraj odwiedzilismy tez rotorue od ktorej zaczynalismy nasza przygode z nowa zelandia. tym razem pogoda byla laskawsza i nie padalo ;-) maja fajny park gdzie z ziemi dymi sie na potege i gotuje sie woda ;-) dzis z kolei bylismy w okolicach auckland na plazach piha i karekare. ponoc mekka surferow ale zadnego nie wiedzielismy choc fale byly calkiem calkiem ;-) nawiazujac do tytulu posta dodam tylko ze po zjedzeniu pysznej wieporzowiny na patio, zapitej winem z marlborough wyrazilem glosno swoje ubolewanie nad faktem ze u nas nie ma teraz lata. no bo rozumiem przestawic sie z zimy na lato ale odwrotnie ? to moze byc bolesne. dziekuje za uwage i kometarze wszytskim czytajacym mojego koslawego bloga. pisanie czegos takiego to trudne zadanie i jesli poleglem bo postaram sie nadrobic opowiesciami na miejscu we wroclawiu. na koniec zeby podtrzymac zaszczytne miano "marudy" ktorym mnie okreslono na tym forum napisze tylko ze na pewno nie byla to "podroz zycia" a jesli macie sporo wolnej gotowki do wydania to wybierzecie inne miejsce. nowa zelandia jest pieknym krajem z fantastycznymi krajobrazami ale w wielu przypadkach jest stanowczo przereklamowana. rozwine te mysle w rozmowach z wami ;-) jeszcze raz gorace pozdrowienia od owieczek ;-) grzes, marysia i witka
niedziela, 27 grudnia 2009
czas plynie nieublaganie i powoli zblizamy sie do konca naszej nowozelandzkiej wedrowki. przez ostatnie trzy dni bylismy na polnocy wyspy polnocnej. dojechalismy na polwysep reinga i do zatoki wysp. bylo super ;-) pogoda piekna, plaze po horyzont, poplywalismy a raczej powalczylismy z falami. bylismy na rejsie w poszukiwaniu delfinow ale nie udalo sie ich zobaczyc (chyba troche nabijaja w butelke turystow z tymi delfinami ;-) slonce niestety okazalo sie zdradliwe i troche nas przypieklo mimo smarowania super ochronnymi kremami. po tongariro to byly zdecydowanie najbardziej udane dni naszego pobytu. niestety dzis pod wieczor pogoda znowu zaczela sie psuc i kolejne dwa dni maja byc nie najlepsze. szkoda bo chcielismy jeszcze jechac na polwysep coromandel. zobaczymy jak bedzie. na picasa wrzucilem kilka nowych zdjec wiec zapraszam do ogladania ;-)
czwartek, 24 grudnia 2009
witajcie w swięta ;-) my juz po wigilii i pasterce. kolacja wigilijna byla urozmaicona - barszcz czerwony z uszkami, pierogi z kapusta i grzybami, krewetki, kalmary, gurnard, alfonsino, snapper (te trzy ostatnie to ryby ;-) nie pytajcie o polskie nazwy bo i tak wam nic nie powiedza ;-), mielismy tez christmas pudding i brownies (ciasto czekoladowe). z nadmiaru jedzenia nie zdarzylismy zrobic kupionych przegrzebkow i malzy ;-) pasterka w kosciele z polska liturgia odbywa sie tu nietypowo bo o 22 - osobliwe towarzystwo ta polska polonia w auckland ;-) ogolnie rzecz biorac swieta na drugiej polkuli w wydaniu europejskim to poroniony pomysl ;-) mikolaj w krotkich spodenkach na desce surfingowej ;-) na szczescie swieta swieta i po swietach ;-) nikt juz o nich nie pamieta ;-) jutro ruszamy na polnoc na polwysep cape reinga i do zatoki bay of islands. z okazji swiat bozego narodzenia chcielibysmy zlozyc wszystkim serdeczne zyczenia szczescia i pomyslnosci. niech wam sie darzy i niech sie zdarzy co sie wymarzy jak to kiedys zgrabnie napisal maciej ;-) (mam nadzieje ze mnie nie pozwiesz za lamanie praw autorskich ;-)
wtorek, 22 grudnia 2009
witajcie po dluzszej przerwie ;-) nie pisalem bo albo nie mielismy internetu albo nie bylo jakos sily ;-) rozstalismy sie w gorach ;-) a wlasciwie u ich stop gdzie odbyly sie urodziny witki. stamtad udalismy sie na polnoc wyspy poludniowej w kierunku christchurch. tam postanowlilismy wykapac sie w morzu a wlasciwie oceanie. bad idea ;-) zimno, wieje i jeszcze raz zimno. znaczy sie piasek na plazy nawet parzyl ale wiatr byl huraganowy, duze fale a woda w porywach miala 13 stopni ;-) zamoczylismy dolne partie naszych owczych futerek i pojechalismy dalej do miejscowosci kaikoura znanej z kabow, fok, wielorybow i delfinow. miasteczko jest male, senne i stanowczo przereklamowane ;-) za kraba w restauracji zycza sobie 75$ a w fastfodzie za polowke chca 35$ gdy tymczasem w auckland w sklepie caly kosztuje 20$ ;-) podarowalismy sobie wiec przyjemnosc jedzenia krabow ;-) ze zwierzat wiedzielismy za to foki leniwie lezace na plazach w poblizu miejscowsci. mile stworzonka choc jak wejsc im w droge robia se grozne. przez przypadek podeszlismy zbyt blisko to niezle nas jeden osobnik nastraszyl ;-) z kaikoury udalismy sie na prom do picton i przeplynelismy na wyspe polnocna. pogoda zdarzyla sie tez popsuc i zaczelo wiac i lac ;-) standard ;-) rekompensata byla luksusowa self contained unit na jednym z holiday parkow ;-) o noclegach napisze osobno moze jutro ;-) z wellington pojechalismy do parku narodowego tongariro ;-) na wulkany. bez dwoch zdan najciekawsza i niepowtarzalna atrakcja nowej zelandii. wprost nie ma sie do czego przyczepic ;-) pogoda byla super, widoki niesamowite, gora magiczna. same naj ;-) zrobilem ponad 500 zdjec wiec bedzie co pokazywac (kilka jest na picasie). a najlepsze bylo to ze witka przeszla na nozkach prawie cala trase tongariro crossing - ma 19,4 km z czego wiecia przeszla 15 km ;-) absolutny rekord naszego czterolatka ;-) wieczorem na kempingu skakala na trampolinie i byla pelna wigoru. my bylismy padnieci a ona nie ;-) dzis przejechalismy z tongariro do auckland po drodze zwiedzajac jaskinie z tzw. glowworms - swiecacymi na niebiesko larwami owadow ;-) niesamowite zjawisko ;-) teraz dwa dni spedzimy w auckland, spedzimy tu wigilie. a potem ruszamy na polnoc wyspy polnocnej i na polwysep coromandel ;-) chcemy poplywac z delfinami ;-)
czwartek, 17 grudnia 2009
wreszcie mamy lato ;-) ostatnie dwa dni nie padalo a temperatura dzis przekroczyla 20 stopni ;-) przez ostatnie dwa dni lazilismy po gorach w okolicach najwyzszego w nowej zelandii szczytu mount cook - 3754 m npm ;-) gora jest fantastyczna ;-) lodowce w jej okolicy schodza dosc nisko i przy dobrej pogodzie kiedy sloneczko przygrzeje lody wala sie z hukiem pioruna na dol ;-) nie ma to jak klasyczne alpejskie krajobrazy ;-) pod kazda szerokoscia geograficzna sa chyba takie same i tak samo piekne. lodowce dolinne pod cookiem sa cale zasloniete materialem z wietrzenia stokow (te ktore sa widoczne i sie krusza to stokowe). mimo to ponoc w dolnych partiach lodowiec tasmana - najdluzszy na wyspie- nadal ma okolo 200 m grubosci w czesci czolowej. jutro wybieramy sie znowu nad morze i pogoda ma byc sloneczna - moze wreszcie uda sie wykapac w morzu (w tym przypadku w oceanie) choc woda ma tylko 13 stopni ;-) chcemy tez sprobowac krabow bo ponoc w miejscowosci kaikorua do ktorej jedziemy jest na nie sezon ;-) http://picasaweb.google.pl/gsynowiec/NowaZelandia?authkey=Gv1sRgCKvEm-Sti43bOA#
wtorek, 15 grudnia 2009
dzis szybciutko i krociutko bo jest 2 w nocy i padam z nog ;-) niestety praca dopada mnie nawet na drugiej polkuli ;-) a wiec tak bo sporo sie dzialo: pogoda sie troche poprawila tzn. nadal pada ale jest wiecej chwil slonecznych, temperatura w normie czyli do 15 stopni choc odczuwalna to tak kolo 10 albo i mniej (jak wieje chodzimy w czapkach, polarach i kurtkach). po deszczowym milford sound pojechalismy na poludnie w rejon catlins - widzielismy fosylny spetryfikowany las, oberwanie chmury, foki. dzis bylismy w dunedin, na polwyspie otago (bliski kontakt z fokami ;-), w moeraki gdzie widzielismy kule ;-) tzw. moeraki bulders i na koniec wyladowalismy w oamaru gdzie ogladalismy foki i pingwiny (yellow eyed ;-) jutro udajemy sie znowu w gory tym razem pod najwyzszego mount cooka - lodowce i te sprawy przed nami. ma byc dwa dni pogody (moze padac tylko ligth rain ;-) wiec moze sie uda ;-)
niedziela, 13 grudnia 2009
Niestety pogoda nie dopisala i wyprawa do milford sound odbyla się w strugach deszczu. Temperatura tez była iscie letnia tzn. minimalnie 3 stopnie powyzje zera a maksymalnie około 10 ;-) nie wiem czy w tej okolicy sa dni bez opadow (przypominam 8000 mm suma roczna ;-) ale jeśli tak to nam nie było dane ich zobaczyc. Zreszta teraz tez nad gorami klebia się chmury i pewnie leje ;-) sama droga jest bardzo ciekawa krajobrazowo i nawet w deszczu widac ogrom gor. Wiecej napisze w najblizszym czasie bo teraz już zamykaja się oczy ;-)
sobota, 12 grudnia 2009
W piątek mimo zapowiedzi poprawy pogoda się bynajmniej nie poprawila ;-) opuscilismy niegoscinne zachodnie wybrzeze i udalismy się z postojem w fox glacier w kierunku haast pass czyli jednej z nizszych przeleczy komunikacyjnych rozcinajacych alpy poludniowe. W foxie widzielismy przez mzawke i mgle lodowiec ludzaco podobny do tego we franz josef ;-) tu kolejny przykład zmyslu marketingowego nowozelandczykow – jezioro matheson. Nic nadzwyczajnego ot jezioro polodowcowe ale rozleklamowane jako najpiekniesze, ze gory się odbijaja itd. ;-) centrum informacji turystycznej, sklep z pamiatkami, restauracja – slowem biznes się kreci ;-) dalsza droga do haast uplynela nam w strugach deszczu. Takich ilosci wody lejacej się z nieba to jeszcze w zyciu nie wiedzialem ;-) droga przez gory była emocjonujaca (stroma, kreta). Niestety padajacy deszcz i niski pulap chmur sprawily ze było dosc ponuro i chcielismy jak najszybciej stamtad uciec ;-) a po drugiej stronie gor wjechalismy do ..... szkocji ;-) przestalo padac, zniknely wilgotne lasy, gory zrobil się trawiaste i bardziej lagodne i pojawily się wielkie jeziora ;-) czulem się jak nad loch lomond czy loch ness. Zreszta nazwy miejscowosci i geograficzne tez zmienil się na bardziej szkockie (ben nevis, bannockburn, lomond peak ;-) slowem zrobilo się swojsko ;-) sosny, swierki, brzozy etc ;-) najwazniejsze jednak ze przestalo padac (chociaz na chwile bo w nocy w wanace znowu padalo ;-) wanaka to male miasteczko nad jeziorem o ej samej nazwie (jezioro jest duze – 45 na 12 km). Ciekawostka nowozelandzka – sklepy z pamiatkami prowadza tu nie miejscowi tylko chinczycy ;-) tak było w wanaka i w queenstown i w te anau gdzie teraz jestemy ;-) sobota która się wlasnie skonczyla (20 minut temu ;-) uplynela nam pod znakiem ladnej i slonecznej pogody (choc mocno wialo, a wieczorem już w te anau w fiordlandzie zaczelo znowu padac ;-) rano byliśmy w puzzling world w wanace. Nazwa jest troche mylaca bo to glownie labirynt i pokoje iluzji. Ten labirynt to genialnie prosta rozrywka dla wszystkch. W polsce panuje teraz moda w kurortach gorskich i nadmorskich na parki dinozaurow (ostatnio bodajze karpacz i szklarska poreba sprawily sobie te watpliwe atrakcje) a tymczasem wystarczy troche desek i gwozdzi i można zbudowac cos w czym spedzasz godzine swietnie się bawiac. Generalnie zasada jest prosta musisz odwiedzic 4 wieze zlokalizowane w 4 rogach labiryntu. Ponoc jest tu 1,5 km tras a przeciętnie żeby wypelinc zadanie trzeba przejsc od 3 do 5 km – wiec jest co robic ;-) nam zajelo to 45 minut a zabawa była przednia zwlaszcza dla witki ;-) pokoje iluzji tez były bomba (szczegoly jak się spotkamy ;-) odwiedzilismy tez dzis queenstown – najwieksze miasto w okolicy (hi hi 8400 stalych maieszkancow ;-) ladnie polozone szkockie miasteczko ;-) powtorze się ale te miejscowsci nie maja zadnych zabytkow wiec sa troche ubogie krajoznawczo ;-) Jak już pisalem noc spedzamy w te anau i jutro wybieramy się do milford sound – to to zdjecie które zamiescilem na blogu na poczatku ;-) na razie leje ale mam nadzieje ze jutro choc na godzinke lub dwie się przejasni i będziemy mogli zobaczyc te cuda. Jeśli nie to zadowolimy się krajobrazami w strugach deszczu ;-)
wrzucilem kilka nowych zdjec wiec zapraszam do ogladania ;-) ocho za okem pada coraz mocniej ;-)
czwartek, 10 grudnia 2009
No i utknelismy ;-) siedzimy od srody u stop lodowca franza josefa i nie możemy do niego podejsc. cala srode padal deszcz – nie byle jaki deszcz – lalo jak z cebra (mark knopfler w tekscie swojej piosenki ma okreslenie które idealnie do tej sytuacji pasuje – it never rains around here it just starts falling down). Deszcz był na tyle intensywny ze udalo nam się tylko pojechac do centrum informacji turystycznej i do kilku sklepow a i tak zdrowo zmoklismy. Woda w pobliskiej rzece tak przybrala ze plynela cala szerokoscią koryta które dzien wczesniej było prawie puste. Dzis czyli w czwartek było troche lepiej tzn. deszcz miał postac mzawki lub lekkiego deszczu i udalo nam się zobaczyc to po co tu przyjechalismy czyli lodowiec franza josefa ;-) niestety z powodu opadow poprzedniego dnia czesc szlaku do czola lodowca jest zalana i moglismy go tylko zobaczyc z oddali ;-) coz ... lodowiec jak lodowiec ;-) nie jest jakis specjalnie spektakularny – ani duzy ani maly ;-) wyjde na marude ale byłem troche rozczarowany ;-) jak pisalem nowozelandczycy potrafia robic wielkie halo z rzeczy które nie do konca na to zasluguja ;-) najwazniejsze ze ten mechanizm dziala bo turystow jest sporo z calego swiata. Ale pomijajac aspekty marketingowe zachodnie wybrzeze gdzie się znajdujemy jest bardzo mokre – ponoc roczna suma opadow to ponad 5000 mm a na poludniu w fiordlandzie nawet 8000 mm wiec takie deszcze jakich doswiadczamy to pewnie normalka. Co do lodowcow to sa one obecnie w fazie progesji i się powiekszaja. W korycie rzeki lodowcowej widzielismy mnostwo kawalkow lodu co swiadczy o dosc duzej aktwnosci jezora lodowcowego który ciagle się przemieszcza. Jutro zamierzamy przedostac się przez alpy na ich wschodnie stoki gdzie powinno być cieplej i bardziej sucho ;-) oby ;-)
Na koniec kilka slow na temat pierwszych wrazen calosciowych z pobytu w nowej zelandi. Jadac tu nie bardzo wiedzielismy czego mamy się spodziewac – inna polkula, inny klimat, inne krajobrazy, inni ludzie etc. Po 10 dniach pobytu mogę stwierdzic ze polkula może i inna ale to wielkiego znaczenia nie ma. Jest troche inna roslinnosci (paprocie drzewiaste, palmy) ale sporo tez znanych nam roslin i drzew. Lasy sa niesamowite ze swoim gaszczem i ptakami które spiewaja jakby ktos gral na klawiszach (niektóre maja dziwnie mechaniczne dzwieki ;-) w gorach zamiast alpejskich czarnych ptakow z zoltymi dziobami sa papugi ;-) tez wszedobylskie i upierdliwe ;-)
klimat jest dziwny – wlasciwie na razie caly czas mam wrazenie jakby byl przejsciowy ;-) niby leje ale jest około 16 – 18 stopni. Jednego dnia jest slonecznie a drugiego leje jak z cebra ;-) niestety splywajace znad antarktydy zimne powietrze mieszajace się z goracym znad australii i nabierajace wilgoci nad morzem powoduje ze poludnikowo rozciagajace się gory tworza efekt fenu tylko na skale calej wyspy ;-) zachodnie wybrzeze jest strona gdzie jest wilgotno i chlodno a wschodnia czesc wyspy jest sucha i ciepla ;-)
krajobrazy – hmm tu mam najwiekszy problem ;-) jak na razie poza parkiem narodowym abela tasmana nie wiedzielam czegos czego nie wiedzialbym już w europie. Nie zrozumcie mnie zle – krajobrazy sa piekne ale takie znajome ;-) ciagle czekam na cos co mnie zaskoczy i zadziwi. Może to będzie tongariro (jak wylezie z chmur), może fiordy, a może widok na alpy od strony wschodniej z plaskimi rowninami – zobaczymy ;-)
ludzie – kobiety maoryskie sa wielkie i bardzo do siebie podobne ;-) na wyspie poludniowej maorysow na razie nie widzielismy – tu dominuja brytole ;-) wiekszosc z was wie jacy sa brytole wiec tu sa tacy sami tylko mniej wyraznie mowia ;-) o kulturze maryskiej można sobie poczytac na tablicach informacyjnych, w przewodnikach, niektóre elementy wykorzytsywane sa w sztuce i rzemiosle ale nie da się ukryc ze jest to kraj do bolu europejski. To pewnie dobrze bo wiemy jak się tu poruszac ale to troche odbiera mu egzotyki ;-) dobra koncze bo corcia wariuje rzucajac majtkami po pokoju ;-) trzeba brzdaca sacyfikowac i polozyc spac ;-)
wtorek, 08 grudnia 2009
Dzis pogoda okazala się mniej laskawa niż wczoraj i od rana było pochmurno a wieczorem zaczelo padac, ale od czego sa prognozy pogody w internecie ;-) wiedzac ze bedzie kiepsko zaplanowalismy przejazd z arthur’s pass do miejscowosci franz josef glacier znajdujacej się u podnoza najwyzszych szczytow na nowej zelandii – mount cook i mount tasman (oba powyzej 3500 m). naszym celem sa dwa lodowce – fox glacier i franz josef glacier. Na nowej zelandii nie ma zbyt wielu lodowcow wiec miejscowi robia z tego wielkie halo ;-) samemu można podejsc tylko do czola lodowcow a jakiekolwiek wejscie dalej jest dostepne jedynie z przewodnikiem który bierze kilkaset dolarow. Oczywiście można tez polatac nad lodowcami helikopterem i samolotem. Coz w alpach europejskich lodowce sa bardziej przystepne i jest ich zdecydowanie wiecej i wiekszych. My nie mamy aspiracji żeby wlazic wysoko – zadowolimy sie podejsciem do czola ;-) oby tylko pogoda się poprawila bo na razie leje i ma lac jeszcze jutro do popoludnia. Może uda się jutro zrobic jakas krotka wycieczke do jeziora matheson a jak nie to zalegniemy znow w basenach termalnych. Sa calkiem fajnie urzdzona bo niecki basenowe zlokalizowano w lesie ;-) nie jest to moloch wielkosci naszych aquaparkow ale kameralne trzy misy z woda od 36 do 40 stopni ;-) bardzo relaksujaca rzecz ;-) Jechalismy dzis wzdluz zachodniego wybrzeza nowej zelandii i niestety musze przyznac ze wiekzosc znajdujacych się tam miejscowosci robi troche przygnebiajace wrazenie. Miesciny sa male, domy odrapane, co chwile jakies farmy sa na sprzedaz. Czesc miasteczek przezywala boom w czasach kiedy odkryto tu zloto a teraz wyraznie podupada. Niektóre sa ratowane przez turystow ale wiekszosc to takie przyslowiowe dziury zabite dechami ;-) samo wybrzeze jest miejscami malownicze choc piasek jest czarny, woda zimna i często pada ;-) nie mielismy jeczcze okazji się wykapac w morzu. Przez chwile mielismy plan żeby jechac dzis do christchurch na wscodnim wybrzezu bo tam mialo być 25 stopni ale jak się dowiedzielismy ze woda ma 6 stopni to zrezygnowalismy ;-) |
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||